Jacek Zglinicki‎ > ‎

Kim był ?

Sylwetka patrona:

Kim był Jacek Zglinicki (1942-2004) ? Raczej pytanie winno brzmieć kim nie był??

Jacek Zglinicki (1942-2004)

Absolwent warszawskiej AWF, wybitny trener piłki ręcznej i wychowawca młodzieży. Zwłaszcza tej „trudnej", która garnęła się do niego wiedząc, że zawsze może liczyć na pomoc i radę. Do liceum im. gen. Świerczewskiego, gdzie Jacek Zglinicki uczęszczał najpierw jako uczeń, a później uczył WF, chodziły „charakterne" chłopaki, pokroju legendarnego barda Czerniakowa Stanisława Grzesiuka. Jacek Zglinicki nieraz wspominał, że rywalizację sportową i ducha walki wyssali oni z mlekiem matki, a przy tym byli chętni do treningu.

Wygrywali wszystko, co było do wygrania: w piłce ręcznej, nożnej, koszykówce. A za swoim trenerem poszliby w ogień. Zresztą raz uratowali mu skórę, gdy urażony w swej dumie „gitowiec" (dla niewtajemniczonych to odpowiednik dzisiejszego "dresiarza") zaczaił się pewnego dnia z nożem na „profesora". Uczniowie w porę dostrzegli niebezpieczeństwo, a z napastnikiem rozprawili się sami, dając mu niezły „wycisk".

Z liceum Świerczewskiego Jacek Zglinicki przeniósł się do Warszawianki, gdzie zaczął budować drużynę piłki ręcznej z prawdziwego zdarzenia. Początkowo grał w klubie jako zawodnik - był niezrównanym obrońcą, budzącym postrach wśród największych boiskowych zakapiorów - by stosunkowo szybko przenieść się na ławkę trenerską. Popisowym zagraniem warszawskiej siódemki z tamtych czasów była podpatrzona u sąsiadów zza miedzy tzw. „Litwa", czyli zasłona wykonywana przez obrotowego. Była to prawdziwa „kopalnia bramek" jak zwykł mawiać inny znany warszawski szkoleniowiec.

Pechowa Moskwa

Borykająca się z kłopotami finansowymi Warszawianka spadła jednak do drugiej ligi, a Jacek Zglinicki przyjął ofertę pracy z pierwszoligową Anilaną, która okazała się odskocznią do stanowiska pierwszego trenera drużyny narodowej. Kadra pod wodzą Jacka Zglinickiego miała na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie (1980) bronić brązowego medalu zdobytego przez podopiecznych Stanisława Majorka w Montrealu (1976). Niekwestionowaną gwiazdą tego zespołu był nieżyjący już Jerzy Klempel, leworęczny rozgrywający obdarzony wyjątkowym darem rzutowym.

Ciężkie przygotowania zaowocowały dobrą formą, którą polska reprezentacja potwierdziła w finale Pucharu Świata w 1979, w którym dotarła do samego finału, pokonując po drodze ówczesnych mistrzów świata - zespół RFN oraz reprezentację NRD (patrz dołączony artykuł z magazynu Handbal). Nikt nie przypuszczał wówczas, że kilka miesięcy później to podopieczni trenera Paula Tiedemanna najpierw zagrodzą drogę do strefy medalowej Polakom (po dramatycznym spotkaniu drużyna wschodnioniemiecka wygrała jedną bramką), a później w równie emocjonującym finale pokonają jednym trafieniem gospodarzy Igrzysk. Polska reprezentacja zajęła ostatecznie w Moskwie siódme miejsce. Była to dla Jacka Zglinickiego bolesna porażka, z którą przez długi czas nie mógł się pogodzić.

W krainie Azteków

Po rozstaniu z reprezentacją, postanowił wyjechać do dalekiego Meksyku, gdzie piłkę ręczną uprawiali przede wszystkim potomkowie niemieckich emigrantów. Obejmując reprezentację tego kraju, nie spodziewał się, że po raz kolejny będzie musiał budować wszystko od nowa. Tytaniczna praca z zawodnikami o przeciętnych warunkach fizycznych, nie mającymi żadnego międzynarodowego doświadczenia, zaowocowała po kilku latach IV miejscem na Igrzyskach Panamerykańskich w brazylijskim Manaos.

Był to największy sukces meksykańskiej piłki ręcznej. W stolicy Meksyku Jacek Zglinicki współpracował także przez kilka lat z klubem futbolu amerykańskiego Aguilas Blancas - wielokrotnymi mistrzami kraju, dopracowując autorski program przygotowania fizycznego zawodników. Mordercze treningi w liczących ponad 3 tysiące metrów górach otaczających Meksyk stały się prawdziwą Golgotą, zwłaszcza dla ciężkich zawodników pierwszej linii (a ci jak wiadomo ważą w futbolu amerykańskim grubo powyżej 100kg).

Choć zajęcia odbywały się w soboty o 7.00 rano (później z miasta nie sposób już było wyjechać) nikt jednak nie narzekał, bo „coach Jasek" sam się nie oszczędzał i wdrapywał się ze swoimi podopiecznymi na najwyższe szczyty. Meksyk stał się dla Jacka Zglinickiego drugą ojczyzną, którą odwiedzał jeszcze kilkakrotnie.

Z Zatoki Perskiej na Merliniego

Powrót do kraju pod koniec lat 80. do łatwych nie należał. Polska piłka ręczna pogrążała się w kryzysie, który trwać miał prawie dwie dekady. W Warszawie pracy nie było, pozostawała zatem bliska emigracja, tym razem do Opola. Drugoligowa Gwardia walczyła wówczas o powrót do ekstraklasy, jej wychowankiem był jeden z najbardziej utalentowanych polskich piłkarzy ręcznych Piotr Przybecki, wielokrotny reprezentant Polski, wówczas zawodnik Śląska Wrocław, a później czołowych zespołów niemieckiej Bundesligi. Na Opolszczyźnie Jacek Zglinicki długo jednak nie zabawił.

Wkrótce przyjął propozycję trenowania pierwszoligowego zespołu Al-Ain ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nieduża oaza granicząca z Omanem była silnym ośrodkiem piłki ręcznej. Pod wodzą polskiego tandemu trenerskiego, do Jacka Zglinickiego wkrótce dołączył w Al-Ain Witold Rzepka, niezbyt zamożny klub sięgnął po najwyższe trofea.

Pracując w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Jacek Zglinicki cały czas myślał jednak o powrocie na stare śmieci, do ukochanej Warszawianki, która w międzyczasie spadła do ligi wojewódzkiej. W latach 90. w stolicy pojawiła się grupa utalentowanych zawodników z rocznika 1969 i młodszych. Zespół zaczął piąć się w górę, awansując pod wodzą kolejnych trenerów (między innymi Bogdana Zajączkowskiego i Bogdana Kowalczyka) do coraz wyższych lig.

Jednak dopiero pod wodzą Jacka Zglinickiego, odrodzona Warszawianka sięgnęła po brązowy medal mistrzostw Polski (1993), wicemistrzostwo kraju i Puchar Polski (1994). Dwukrotnie występowała w europejskich pucharach, potykając się z takimi gigantami jak naszpikowane reprezentantami drużyny SG Wallau Massenheim czy Krasnodaru. Warszawiacy walczyli ambitnie, ale europejski sukces nie był im pisany.

Tam i z powrotem

Jak to zwykle w Warszawie bywa, po kilku latach względnej stabilizacji zaczęły się kłopoty. Sponsor się wycofał, klub nie miał pieniędzy, zawodnicy grali praktycznie za darmo. Atmosfera w zespole zaczęła się psuć. Czas Jacka Zglinickiego w Warszawiance powoli dobiegał końca, zaczynała się druga w życiu przygoda z reprezentacją Polski. Zglinicki nie zbudował wprawdzie zespołu na miarę swoich aspiracji, ale zebrał drużynę wartościowych zawodników, z których wielu zasiliło szeregi Bundesligi. Później był kolejny powrót do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, tym razem na stanowisko trenera drużyny narodowej. Po serii sukcesów z 2002r. (wicemistrzostwo i Puchar Polski z trenerem Bogdanem Kowalczykiem) - Warszawianka ponownie została bez sponsora i zaczęła coraz bardziej obniżać loty. I znów na odsiecz przybvł Jacek Zglinicki, który chciał ratować drużynę złożoną w dużej mierze z graczy kontraktowych przed katastrofą. Jednak współpraca z ówczesnymi władzami klubu nie układała się, co lepsi zawodnicy odchodzili do innych klubów. Jacek Zglinicki nie chciał przykładać ręki do rozpadu ukochanej drużyny, wolał odejść. Ostatnim etapem jego trenerskiej tułaczki był zespół Azotów Puławy. Pomagał mu jak mógł, ale coraz częściej na przeszkodzie stawało nadwątlone zdrowie. Z nowotworem jeszcze dał sobie radę, pokonał go dopiero udar mózgu, którego doznał wracając z ligowego meczu.

Comments